Popularność Call of Duty: Warzone mogą teraz zniszczyć tylko cheaterzy

Twórcom Warzone udało się stworzyć świetny system lootowania, satysfakcjonujący gameplay oraz mechaniki wielbione przez fanów gatunku. Niestety zapomnieli o jednej rzeczy, która powoli zaczyna rujnować cały ich wysiłek włożony w grę. Zapomnieli o cheaterach.

Imponujący sukces Warzone

Nowy battle royale przyszedł niczym lekarstwo na kwarantannę. Kiedy wydawało się, że gracze będą odgrzebywali swoje kupki wstydu i szukali single playerów na przecenach, wreszcie sprawdziły się plotki o potężnej aktualizacji do Modern Warfare. Warzone okazał się nie tylko mocno przemyślanym i dopracowanym projektem, ale również całkowicie darmową rozrywką.

Reklama

Nikt nie był więc wyjątkowo zaskoczony, gdy zaraz po premierze Activision pochwaliło się 30 milionami zarejestrowanych graczy. Przyszedł odpoczynek dla fanów Fortnite’a, zbawienie dla miłośników Call of Duty i odrobina różnorodności dla wszystkich zmęczonych irytującym Modern Warfare. 

Cheaterzy przejmują profesjonalne turnieje

Problem oszustów w Warzone rośnie z dnia na dzień. Nie bez powodu pod koniec marca na blogu Call of Duty pojawił się post informujący o 50 tysiącach zbanowanych graczy. Infinity Ward zapowiedziało, że rozpoczyna walkę z cheaterami i nie ma dla nich miejsca w Warzone. I chociaż teoria brzmi całkiem przekonująco, praktyka niestety nie wygląda już tak kolorowo, co doskonale udowodnił ostatni Warzone Wednesday.

Fani Fortnite’a są zapewne zaznajomieni z formułą turniejów Keemstara. Brak prywatnych lobby na początku większości battle royale uniemożliwia bezpośrednie pojedynki pomiędzy drużynami streamerów, więc organizatorzy tworzą turniejową drabinkę i monitorują wyniki poszczególnych uczestników w zwykłych grach publicznych. Na przestrzeni kilku meczy lub godzin zadaniem graczy jest po prostu wyeliminować jak najwięcej osób. Kto skończy z największą liczbą zabójstw, zazwyczaj wygrywa turniej.

Prima Aprilis przyniosło kolejną odsłonę Warzone Wednesday. Drużyny zostały wrzucone w drabinkę turniejową, weszli w gry publiczne i chociaż ostatecznie trójce JoshaOG udało się zgarnąć drugi już tytuł w rozgrywkach Keemstara, głównym bohaterem okazali się właśnie cheaterzy. W formacie opartym wyłącznie na liczbie zabójstw gracz z aimbotem w lobby jest gwarancją przegranej. Spotkanie go na mapie zazwyczaj kończy się śmiercią i zabiera on znaczną liczbę zabójstw, o które próbują walczyć uczestnicy.

Warzone Wednesday okazał się w rezultacie oliwą do ognia ostatnich dyskusji dotyczących cheaterów. Im bardziej popularny stawał się nowy battle royale, tym więcej słyszało się o przypadkach graczy używających aimbotów oraz wallhacków.

Jak widać na powyższym przykładzie, niektórzy nawet nie próbują kryć się ze swoimi oszustwami. Nadeshot, Courage i TimTheTatman trafili wczoraj na jednego cheatera, który skończył grę z 49 zabójstwami na koncie. Bez żadnego skrępowania przechodził z głowy jednego rywala na drugiego, eliminując tym samym ponad 30% całego lobby.

Free to play obosiecznym mieczem

Nie zrozumcie mnie źle, darmowy mutliplayer w dzisiejszych czasach to niemalże gwarantowane zainteresowanie sporej liczby graczy. Fortnite czy League of Legends każdego dnia udowadniają, że jeżeli z zerowym kosztem wejścia idzie w parze również przemyślany gameplay oraz rozważne mikropłatności, można nie tylko zbudować solidną społeczność, ale również zarabiać potężne pieniądze.

Z perspektywy sprawiedliwego doświadczenia competitive oraz utrzymywania gry pozbawionej niepożądanych oprogramowań, model free to play znacząco zwiększa niestety wymagania względem dewelopera. Nie bez powodu przed czasami Prime’a większość graczy unikała matchmakingu w CSGO, kiedy gra trafiała na przecenę. Ostatnie dni w wykonaniu Warzone pokazują niestety, że twórcy nie byli gotowi na tylu cheaterów.

Miłośnicy battle royale w pełni zdają sobie sprawę, że nie jest to pierwszy tego typu przypadek, kiedy oszustwa zaczynają rujnować przyjemność z gry większości graczy. Apex Legends z dnia na dzień tracił mnóstwo fanów, ponieważ lobby były przepełnione cheaterami trafiającymi każdy pocisk prosto w ciało przeciwnika. Po subredditach Fortnite’a krążyły liczne klipy graczy używających aimbotów podczas turniejów online. Apex musiał zacząć banować całe komputery poszczególnych graczy, żeby zacząć zniechęcać ich do zakładania nowych kont.

Co najgorsze, jak widać na przykładzie Apex Legends, jest to regularnie powracający problem. Na tym świecie wciąż niestety jest sporo ludzi, którzy za niemożliwe do wykrycia cheaty zapłacą majątek. Póki ludzie będą gotowi wydać pieniądze na oszustwa, zamiast poświęcić czas i nauczyć się grać, hakerzy będą pracować nad kolejnymi sposobami na obejście anti-cheatów.

Anti-cheat ważniejszy niż content i regularne aktualizacje

Apex Legends doskonale pokazał, co trzeba zrobić, żeby zamienić swoją społeczność w grupę zirytowanych graczy poszukujących nowego tytułu do spędzania wolnego czasu. Chociaż Respawn zgrabnie wygrzebał się z kryzysu i zdaje się aktualnie być w dosyć solidnym stanie, brak contentu i marne mikrotransakcje w połączeniu z cheaterami niemalże zabiły ich produkt.

Zanim twórcy Warzone usiądą więc do tych wszystkich zapowiadanych Limited Time Mode’ów, 200 graczy w lobby czy nowych trybów, muszą rozwiązać problem cheaterów. Chociaż na tyle, żeby większość postów na Twitterze nie zawierała klipów z aimbotami. Nikomu nie jest potrzebny tryb duo czy squadów, jeżeli będą przewijali się przez nie ci sami oszuści.

Dowiedz się więcej na temat: Call of Duty: Warzone

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL